MyMenu1

niedziela, 15 czerwca 2014

Południowa półkula znów lepsza


Mimo że czerwcowe testmecze jeszcze się nie skończyły, już teraz wiadomo, że Południowa Półkula kolejny raz okaże się lepsza. Europejskie reprezentacje, mimo dzielnej walki, musiały uznać wyższość gospodarzy. Jedynie Irlandia może zapisać na swoim koncie tryumf – podopieczni Joe Schmidta dwukrotnie pokonali zespół Argentyny (17:29 i 17:23).

Zdecydowanie najwięcej emocji dostarczyły pojedynki Anglii z Nową Zelandią. Drużyna Stuarta Lancastera zaprezentowała się bardzo dobrze. W obu spotkaniach grała na wysokim tempie i sprawiała mistrzom świata wiele kłopotów, dominując na boisku przez długie okresy czasu. Mimo świetnej postawy angielskich rugbistów, to zawodnicy All Blacks dwukrotnie okazali się lepsi (20:15 i 28:27). Nowa Zelandia nie ustrzegła się jednak błędów i musiała się sporo natrudzić, aby pokonać rywali, ale gdy gra układała się jak należy najlepsza drużyna na świecie była nie do zatrzymania. 

Francja nadal znajduje się w kryzysie – w pierwszym meczu została rozbita przez Australię 50:23, a tydzień później, w niezbyt ciekawym spotkaniu uległa 6:0. Walia również nie zaliczy wyjazdu do udanych – przegrała z silnym zespołem RPA 38:16. Za tydzień stanie przed szansą na rewanż, ale nie sądzę by mogła zagrozić ekipie Springboks.

Włochy musiały uznać wyższość rugbistów z Fidżi (25:14) oraz Samoa 15:0. Za tydzień Azzurri zmierzą się z zespołem Japonii, który z roku na rok jest coraz lepszy i wielkimi krokami zbliża się do światowej czołówki.

Dwa zwycięstwa na swoim koncie zanotowała Szkocja. Pokonała USA 6:24 i Kanadę 17:19. Przed ekipą Verna Cottera stoi jednak dużo trudniejsze zadanie, czekają ją bowiem starcia z Argentyną i RPA.

Poniżej kilka fragmentów z meczów pierwszej i drugiej rundy.






wtorek, 3 czerwca 2014

Bilety na finał RWC 2015 kupione!

Do rozpoczęcia Pucharu Świata coraz mniej czasu. Przygotowania idą pełną parą, akcje promocyjne nabierają tempa. Rugby staje się coraz bardziej widoczne na ulicach Anglii i przyciąga kolejnych entuzjastów, wychodząc do ludzi, którzy być może wcześniej nie byli zainteresowani dyscypliną. Sądząc po sukcesie Igrzysk Olimpijskich w Londynie, RWC 2015 będzie wspaniałą imprezą. Dla europejskich kibiców jest to jedna z najlepszych szans na wzięcie udziału w najważniejszym rugbowym święcie. Ceny biletów są bardzo zróżnicowane i każdy powinien znaleźć coś dla siebie – najtańsze kosztują zaledwie 15 funtów. Najdroższe miejsca na finale będą kosztować aż 715 funtów.

Proces sprzedaży został podzielony na kilka etapów. Większość kibiców dostanie szansę zakupu jesienią tego roku, ale dla fanów zrzeszonych w angielskich klubach zarejestrowanych w RFU, przeznaczono pulę 500 000 miejsc, które były dostępne od 29 maja do 2 czerwca 2014 roku. Organizatorzy postanowili podziękować w ten sposób ludziom, którzy na co dzień zaangażowani są w rozwój rugby. Zawodnicy, trenerzy, działacze i inni pasjonaci, którzy pomagają tworzyć wizerunek angielskiego rugby, począwszy od małych klubików i drużyn dziecięcych, a kończąc na profesjonalistach dostali więc wspaniałą nagrodę za swoją codzienną pracę.

Przyznam, że bardzo ucieszyłem się z tego posunięcia. Od wielu lat gram w Anglii i jestem zarejestrowany jako zawodnik RFU, także możliwość wcześniejszego zakupu biletów była dla mnie wspaniałą informacją. Już dawno temu postanowiłem sobie, że zasiądę na trybunach RWC i obejrzę chociaż kilka spotkań. Nie spodziewałem się jednak, że pierwszą część planu – czyli zakup biletów – uda mi się zrealizować już w maju 2014 roku. 

W fazie grupowej będę miał okazję obejrzeć zespoły Argentyny, Gruzji, RPA, Samoa, Szkocji oraz USA. W spotkaniu na stadionie Manchesteru City – gdzie zagra Anglia – pomogę w organizacji turnieju, aby zobaczyć jak wygląda to „od drugiej strony”. To wszystko blednie jednak w cieniu największego sukcesu, a mianowicie rezerwacji biletów na Finał Pucharu Świata! 

Jak co cztery lata, chętnych na obejrzenie najważniejszego rugbowego wydarzenia jest znacznie więcej niż dostępnych miejsc. Zgłaszając chęć zakupu nie liczyłem więc zbytnio, że znajdę się w gronie szczęśliwców, którzy wylosowali prawo do nabycia biletów. Gdy 28 maja dowiedziałem się, że jestem o kilka kliknięć od spełnienia jednego z moich największych marzeń, nie zastanawiałem się dwa razy. Pełen euforii zakupiłem bilet na finał! Teraz pozostaje mi tylko spokojnie czekać na nadejście turnieju. Ciekawe jakie drużyny przyjdzie mi zobaczyć… Na chwilę obecną stawiam na Anglię i Nową Zelandię :) 

Jedno jest pewne, emocji na pewno nie zabraknie, a czytelnicy bloga mogą liczyć na relację z pierwszej ręki!

niedziela, 1 czerwca 2014

Northampton Saints mistrzami Anglii – relacja z finału


Sobotni mecz na Twickenham pomiędzy zespołami Saracens i Northampton Saints był trzecim finałem Aviva Premiership, który miałem przyjemność obserwować z trybun. Mogę śmiało powiedzieć, że tegoroczne widowisko przebiło dwa poprzednie. Starcie najlepszych angielskich ekip dostarczyło niezapomnianych emocji i było wspaniałym ukoronowaniem bardzo ciekawego sezonu Aviva Premiership.


Jak zwykle przy tego typu imprezach atmosfera wielkiego spektaklu była wyczuwalna na długo przed wejściem na stadion. Pierwszych fanów w koszulkach Northampton Saints spotkałem w pociągu do Londynu. Początkowo było ich niewielu, ale im bliżej stolicy, tym więcej kibiców kierowało się ku wspólnemu celowi. Na trasie London Euston – Vauxhall miłośnicy rugby stanowili już połowę pasażerów. Ostatni etap podróży (Vauxhall – Twickenham), to pociąg niemal w całości wypełniony ludźmi w koszulkach Saracens lub Northampton Saints. Pośród nich przewijali się „neutralni” – ubrani w barwy innych drużyn Premiership, lub swoich lokalnych klubów. 

Angielscy kibice zawsze imponują mi wiedzą dotyczącą rugby. Rozmowy, które toczyły się podczas wspólnej podróży, stały na wysokim poziomie merytorycznym. Oczywiście nie zabrakło typowego dla wszystkich rugbistów poczucia humoru. Ze stacji Twickenham na stadion szedł barwny tłum, w którym dawało się wyczuć coraz większą ekscytację i atmosferę święta. Stadion i jego otoczenie oferował spragnionym możliwość ugaszenia pragnienia zimnym piwem i posilenia się pysznymi burgerami oraz zaopatrzenia się w pamiątki i klubowe gadżety.



Atmosfera wielkiego wydarzenia udzieliła się również zawodnikom. Początek meczu obfitował w proste, niewymuszone błędy. Obie ekipy rozpoczęły grę z dużą intensywnością i wolą walki, pragnąc od pierwszych minut zdominować rywali, brakowało jednak niezbędnej dokładności. Przewaga terytorialna w pierwszej części spotkania należała do Saracens. Owen Farrell wykorzystał karne w 11. i 17. minucie i jego drużyna prowadziła 6:0. Mogło być 9:0, ale łącznik ataku pomylił się przy trzecim kopie na słupy. Rugbiści Northampton potrzebowali ok. 30 minut by odnaleźć właściwy dla siebie styl gry i tempo. Kontratak, który z własnej połowy zapoczątkował Ken Pisi dodał skrzydeł ekipie Saints i mimo, że zawodnik został zatrzymany na linii 22 m, gra obu ekip zmieniła się. Ataki stały się coraz odważniejsze i dynamiczne, zawodnicy kreowali ciekawe sytuacje i grali zdecydowanie dokładniej. Po jednej z akcji ofensywnych zapoczątkowanej przez Stephena Mylera, Luther Burrell oraz Ken Pisi ograli obronę Sarries i piłkę na polu punktowym rywali przyłożył Ben Foden. Łącznik ataku Saints dołożył podwyższenie i było 6:7. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa spotkania.

Druga odsłona była znacznie ciekawsza. W 44. minucie Owen Farrell trafił karnego i Saracens przejęli prowadzenie. Saints organizowali coraz bardziej niebezpieczne ataki, angażując oba skrzydła, aby użyć swojej najgroźniejszej broni – George’a Northa. Byli bliscy zdobycia drugiego przyłożenia, ale obrona Saracens okazała się dobrze zorganizowana i skuteczna. W 55. minucie, pierwszy raz po dwumiesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją, na boisku pojawił się kapitan Northampton – Dylan Hartley. Jego wejście jeszcze bardziej przyśpieszyło tempo gry, silny zawodnik angażował defensywę rywali, zmuszając ich do dodatkowego wysiłku.

W 58. minucie fantastycznym kopem za plecy rywali popisał się Stephen Myler, a George Pisi odczytał intencje kolegi, złapał piłkę i zdobył przyłożenie dla swojej drużyny. Po skutecznym podwyższeniu Saints prowadzili 9:14. Niedługo później doszło do kontrowersyjnego wydarzenia. Saracens przedarli się przez obronę przeciwnika, piłkę na polu punktowym przyłożył Owen Farrell, sędzia uznał przyłożenie i Saracens szykowali się na dołożenie dwóch punktów z podstawki. Na wielkim ekranie pojawiła się jednak powtórka akcji i okazało się, że jedno z podań mogło być podaniem do przodu. Sędzia wstrzymał więc próbę podwyższenia i zażądał konsultacji z TMO. Po kilku powtórkach arbitrzy zadecydowali, że punkty nie będą zaliczone. Dodatkowym ciosem dla Sarries była kontuzja Farrella, który musiał opuścić boisko i prawdopodobnie nie wystąpi w meczach z Nową Zelandią. Charlie Hodgson – rezerwowy łącznik ataku – zastąpił kolegę, a jego pierwszy kontakt z piłką zakończył się potężną kontrującą szarżą, którą przywitali go rywale.


Saracens słyną jednak z tego, że grają do końca i potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach. W 72. minucie napór Sarries odniósł skutek. Przyłożenie w samym rogu boiska zdobył Marcelo Bosh. Było 14:14 i Hodgson stanął przed szansą odzyskania prowadzenia. Kop z trudnej pozycji okazał się minimalnie niedokładny – piłka trafiła w słupek. Do końca meczu obie drużyny próbowały wydrzeć wygraną i przeprowadzić ostatni, zwycięski atak, nikt jednak nie popełnił błędu i sędzia odgwizdał koniec drugiej połowy. Doszło do pierwszej w historii finałów Aviva Premiership dogrywki.

W doliczonym czasie, każde punkty mogły okazać się na wagę złota. W 85. minucie karnego trafił Myler, ale dwie minuty później tym samym zrewanżował się Hodgson. Pierwsze 10 minut zakończyło się remisem 17:17. W 92. minucie Hodgson trafił kolejnego karnego. W ostatniej minucie doliczonego czasu Saracens nadal wygrywali 20:17, Saints byli jednak w posiadaniu piłki na pięciu metrach przeciwnika. Alex Waller zdołał przedrzeć się przez zbitą obronę rywali i znalazł się na polu punktowym. Decyzja o przyznaniu punktów ponownie trafiła w ręce TMO. Po czterech minutach oglądania powtórek punkty zostały uznane. Myler dołożył podwyższenie i Northampton Saints po raz pierwszy w historii zostali mistrzami Anglii zwyciężając 20:24!

Kibice jeszcze długo po zakończeniu spotkania oklaskiwali obie drużyny. Był to jeden z najbardziej dramatycznych meczów jakie miałem okazję oglądać. Prowadzenie zmieniało się sześciokrotnie. Pierwsza w historii dogrywka w finale Aviva Premiership, 100 minut rugby na najwyższym poziomie, walka i emocje do ostatniej sekundy, trudno wyobrazić sobie lepszy scenariusz. Była to wspaniała kulminacja niezwykłego sezonu, moim zdaniem najlepszej europejskiej ligi. Cieszę się, że mogłem być świadkiem tego spotkania, mecz na długo pozostanie w mojej pamięci. Gratulacje dla obu drużyn!


wtorek, 20 maja 2014

Saints i Sarries w finale Aviva Premiership

Po emocjonujących meczach półfinałowych, w walce o mistrzostwo Aviva Premiership pozostały dwa kluby - Northampton Saints i Saracens. Poniżej skróty z meczów Northampton Saints - Leicester Tigers oraz Saracens - Harlequins. Za dwa tygodnie będę miał przyjemność obejrzeć finał na żywo, a dla czytelników bloga postaram się przygotować relację z wizyty na Twickenham.




niedziela, 11 maja 2014

Znamy półfinalistów Aviva Premiership


Zasadnicza część sezonu Aviva Premiership dobiegła końca. Do fazy play-off awansowały zespoły Saracens, Northampton Saints, Leicester Tigers i Harlequins. Mecze 22. rundy przyniosły kilka ciekawych rozstrzygnięć. Najbardziej ekscytujący był pojedynek Harlequins z Bath, jego stawką było miejsce w półfinałach, ale na innych boiskach również doszło do interesujących spotkań. Poniżej przedstawiam krótki opis każdego z meczów.


Leicester Tigers – Saracens 31:27
Saracens przystępowali do meczu wiedząc, że niezależnie od wyniku zakończą rundę zasadniczą na pierwszym miejscu. Nic więc dziwnego, że trener Marc McCall zdecydował się oszczędzić kilku kluczowych zawodników. Dosyć eksperymentalny skład przyjezdnych radził sobie całkiem nieźle, szczególnie w pierwszej połowie. Goście objęli prowadzenie już w pierwszej minucie i utrzymywali je aż do 39. minuty. Karna piątka, którą wywalczyli rugbiści Leicester tuż przed zmianą stron sprawiła, że gospodarze nabrali wiatru w żagle i po okresie dobrej gry prowadzili 31:15. Goście zdołali co prawda zmniejszyć rozmiary porażki, ale zwycięstwo Tigers pozostało niezagrożone.


London Irish – Sale Sharks 22:20
Rezultat meczu na Madejski Stadium nie miał wpływu na pozycje drużyn w tabeli. Sale Sharks, po bardzo udanym sezonie, zapewnili sobie szóstą lokatę i występ w European Rugby Champions Cup (następca Heineken Cup). London Irish uplasowali się na dziesiątej pozycji. Mimo tego spotkanie było emocjonujące. W obu zespołach występowali zawodnicy, którzy zapowiedzieli zmianę barw klubowych i pragnęli pożegnać swoje ekipy zwyciężając. Przez prawie 60 minut na prowadzeniu byli goście i wyglądało na to, że zdołają oni podtrzymać dobrą passę wyjazdowych zwycięstw. Rugbiści London Irish zdołali jednak skutecznie powrócić do gry, a kluczowe punkty, które zdobył skrzydłowy Andy Fenby, zapewniły im wygraną.


Harlequins – Bath 19:16
Mecz na Twickenham Stoop można uznać za ćwierćfinał Aviva Premiership. Harlequins potrzebowali zwycięstwa aby przejść do kolejnej fazy, ekipie Bath wystarczał remis lub przegrana z dwoma bonusami. Spotkanie rozpoczęło się od prowadzenia gospodarzy. Przyłożenie zdobył najlepszy zawodnik Six Nations – Mike Brown. Niedługo po tym goście zniwelowali stratę – akcję za siedem punktów zaliczył George Ford i w 23. minucie był remis 7:7. W dalszej części meczu punkty zdobywali już tylko kopacze, a wynik kontaktowy utrzymywał się do końca spotkania. Ostatecznie Quins okazali się skuteczniejsi i zaliczyli swoje piąte z rzędu zwycięstwo. Ekipie Bath pozostaje niedosyt, zwłaszcza że był to jej najlepszy sezon od wielu lat.


Newcastle Falcons – Exeter Chiefs 13:23
Mecz rozpoczął się po myśli gospodarzy. Dwa celne karne dały im prowadzenie 6:0. Ich radość nie trwała jednak długo. Exeter Chiefs z każdą minutą grali lepiej i wkrótce kontrolowali przebieg gry. Na przerwę schodzili prowadząc 6:15, a po zmianie stron zwiększyli przewagę do 17 punktów. Końcówka meczu obfitowała w dużą ilość niewymuszonych błędów i widowisko stało się nieco mniej atrakcyjne. Ostatnie słowo należało do miejscowych, którzy zdołali przyłożyć piłkę na polu punktowym rywali i zmniejszyć rozmiary porażki.


Northampton Saints – London Wasps 74:13
Do prawdziwego pogromu doszło na Franklin's Gardens, gdzie rugbiści Northampton bezlitośnie rozbili London Wasps. Pierwszy kwadrans meczu nie wskazywał na taki obrót rzeczy. Przyjezdni byli na prowadzeniu 0:13 i zanosiło się na wyrównane spotkanie. Saints złapali jednak odpowiedni rytm i wkrótce odebrali zawodnikom Wasps wszelkie złudzenia. Gospodarze zdobyli aż 11 przyłożeń! Tak wysokie zwycięstwo na pewno pozytywnie wpłynie na morale ekipy przed trudnym półfinałem z Leicester Tigers.


Worcester Warriors – Gloucester 28:27
Szeregi Aviva Premiership opuszcza zespół Worcester. Humory kibiców na Sixways choć trochę poprawiło jednak zwycięstwo, jakie ich drużyna odniosła nad Gloucester. Była to druga wygrana w tym sezonie. Początek meczu należał do gości, którzy w 24. minucie prowadzili 3:17. Gospodarze grali jednak bardzo ambitnie i jeszcze przed przerwą zmniejszyli stratę do dwóch punktów. Po zmianie stron mecz stał się jeszcze bardziej ekscytujący. Prowadzenie zmieniało się aż pięciokrotnie. Zespół Gloucester w ostatniej minucie miał szansę odebrać zwycięstwo z rąk Warriors, ale karny wykonywany przez Burnsa okazał się niecelny.

Półfinały Aviva Premiership zaplanowano na piątek i sobotę (16–17 maja), a finał odbędzie się 31 maja na Twickenham. Jak wspomniałem wcześniej z ligi spada Worcester Warriors, a o awans do elity walczą Bristol, Rotherham Titans, Leeds Carnegie i London Welsh.

sobota, 3 maja 2014

Koledzy nie tylko na boisku


Na prośbę Stanisława Powały-Niedźwieckiego – reprezentanta Polski i kapitana Budowlanych Lublin – zamieszczam tekst, który napisał w związku z poważnym urazem, jakiego doznał podczas ostatniej kolejki ligowej.

O reprezentacji seniorów ostatnio sporo się mówiło. Przy okazji dwóch bardzo ważnych meczów (z Mołdawią i Ukrainą) napisano wiele artykułów i przeprowadzono wiele akcji promujących polską drużynę. Wywiady, relacje, treningi z dziennikarzami, czy liczne galerie zdjęć pozwoliły kibicom lepiej poznać naszych zawodników. Z pewnością nie każdy wiedział, jak różnorodną grupę ludzi stanowimy i myślę, że wiele osób mogło być zaskoczonych (pozytywnie) tym, co usłyszeli i zobaczyli.

Ja chciałbym powiedzieć kilka słów o rugbistach (nie tylko z obecnej reprezentacji) w świetle poważnej kontuzji, jaką odniosłem w lany poniedziałek. Czułem potrzebę napisania tego tekstu po pierwsze aby podziękować, a po drugie, aby pokazać jak zachowują się rugbiści gdy koledze potrzebna jest pomoc. 

O koleżeństwie, silnych więziach i braterstwie w drużynie rugby mówi się bardzo często. Sam pisałem o etosie rugbisty. Ale być może niektórym wydaje się, że to bardziej życzenia aniżeli faktyczny stan. Być może tylko chcemy żeby o nas tak myślano, ale jak przyjdzie do realnych działań, nie znajdą się chętni. Otóż tym tekstem chcę stanowczo stwierdzić: Na kolegę z drużyny, na prawdziwego rugbistę, ZAWSZE możesz liczyć!  

Zacznę od początku, a więc od kilkunastu sekund po samym urazie. Zwichnięta kostka i wystająca kość piszczelowa to widok, który nie napawa optymizmem. Na początku nikt do mnie nie podchodził, aby dać swobodę ratownikom medycznym, jednak zanim przeniesiono mnie do karetki piątkę przybił mi Paweł Nowak, który grał z nami w reprezentacji kilka lat temu. Pierwsze słowa otuchy padły od niego. Sali – dzięki za ten gest!

W karetce był ze mną Sebastian Berestek, czyli popularny trener Lavina. Został ze mną także w szpitalu w Poznaniu, gdzie z powodu święta wszystko trwało trzy razy dłużej niż zwykle. Na prześwietlenie czekaliśmy ok. 3h. W tym czasie dostałem informację od Pawła Najdka, że gdybym potrzebował czegokolwiek to on to załatwi. Wystarczy telefon. Wiedziałem, że mogłem liczyć na jego pomoc w każdym zakresie.

Mniej więcej w tym samym czasie w szpitalu pojawił się Krzysztof Hebda – ojciec Tomka Hebdy, z którym grałem w jednej drużynie w kadrze. Krzyśka nawet nie znałem, ale przyszedł do mnie, bo przecież mogłem czegoś potrzebować gdybym został w Poznaniu w szpitalu. To normalne, że trzeba pomóc koledze, mimo że on grał jeszcze na przyłożenia po 4 punkty i dzieli nas różnica ponad 30 lat. Po prostu wszyscy rugbiści to jedna rodzina. 

Po prześwietleniu okazało się, że trzeba zrobić jeszcze jedną repozycję (pierwsza była w karetce). Musiała być wykonana przy znieczuleniu ogólnym, co wiązało się z długim oczekiwaniem (anestezjolodzy mogli przyjść dopiero za 3 godziny, a po zabiegu musiałem odczekać kolejne dwie). Moi koledzy z drużyny bez żadnego słowa protestu cierpliwie czekali na mnie blisko 8 godzin, mimo że następnego dnia niektórzy szli do pracy. Bo tacy właśnie są rugbiści – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. 

Z Poznania ruszyliśmy do Łodzi, gdzie miałem trafić do szpitala. Potrzebowałem noclegu. Zadzwoniłem do kolegi jeszcze z kadry młodzieżowej, a potem z drużyny łódzkich Budowlanych gdy miałem przyjemność tam grać. „Boja”, czyli Paweł Grabski po 20 minutach oddzwonił i przekazał numer do Michała Mirosza, który miał lokum. „Złoty” bez żadnych problemów udostępnił mi pokój i zawiózł mnie następnego dnia do szpitala, gdzie czekał ze mną aż dostanę łóżko, mimo że tego samego dnia jechał na kadrę do Ossy i miał sporo rzeczy do załatwienia. „Złoty” – wielkie dzięki!

Samo trafienie do szpitala w Łodzi to także zasługa rugbistów. Maciek Brażuk i Bartek Chudzik sprawili, że dostałem łóżko i zostałem zoperowany przez bardzo dobrego specjalistę-ortopedę. Maciek pomógł w ten sposób nie tylko mnie, ale także innym chłopakom z kadry. Pomaga także zawodnikom spoza reprezentacji. Po prostu nie zostawia swoich kolegów z boiska. Można na nim polegać jak na Zawiszy, za co ogromne dzięki. Mimo że teraz Maciek jest menagerem reprezentacji, to cieszę się, że miałem jeszcze przyjemność zagrać z nim w jednej drużynie u trenera Putry. 

W szpitalu odwiedził mnie dwukrotnie wspomniany „Boja”, który za pierwszym razem poratował mnie po prostu jedzeniem (wikt szpitalny to farsa), a za drugim kulami, dzięki którym mogłem swobodniej się poruszać. „Bojs” – wielkie dzięki!

Odwiedzał mnie także trener Mirosław Żórawski, z którym znam się od wielu lat. Grałem u niego w kadrach młodzieżowych, a później w Budowlanych Łódź. Mimo że od czasu mojej gry w Łodzi minęło blisko 5 lat nadal mogłem liczyć na pomoc dawnego trenera. Trenerze – dzięki!

Ostatniego dnia odwiedził mnie także Przemek Pustkowski. Okazało się, że pracuje w szpitalu, w którym leżałem. Z Pustkiem nigdy nie zagrałem w jednej drużynie, ale gdy byłem zawodnikiem Budowlanych Łódź przychodził na treningi i ćwiczył z nami. Choć jest to zawodnik z zupełnie innego pokolenia niż ja, od niego także usłyszałem deklarację wszelkiej pomocy. Bo to przecież u nas – rugbistów – jest normalne. Pustek – dziękuję!

Słowa otuchy i życzenia szybkiego powrotu do zdrowia spływały od wielu kolegów z boiska także za pośrednictwem sms-ów i Facebooka. Ilość wpisów pod moją informacją o kontuzji była zaskakująco duża. Świadomość, że kumple z drużyny są z Tobą w każdej sytuacji dodaje otuchy. Dzięki temu szybko zapomina się i traumie urazu, a zaczyna się myśleć o powrocie na boisko. Wszystkim, którzy do mnie pisali i dzwonili ogromnie dziękuję.

Nasza reprezentacja ma niecały rok, ale grupa ludzi, którzy ją tworzą to naprawdę jedna wielka rodzina. Jestem dumny z tego, że mogę być członkiem tej drużyny. Jestem dumny z rugbistów! Krytykanci wielu rzeczy nigdy nie zrozumieją, bo nie mieli okazji trafić do takiej grupy ludzi jak reprezentacja Polski. Krytykanci mogą sobie mówić co chcą, ale ostatni czas dał bezapelacyjne dowody na to, że duch rugby to siła, jakiej życzyłbym każdej dyscyplinie.

Panowie wielkie dzięki za wszystko! Widzimy się na boisku! Wrócę tam na pewno!