MyMenu1

piątek, 20 listopada 2015

Richie McCaw zakończył karierę.


Najlepszy rugbista na świecie – Richie McCaw zakończył karierę. Kapitan All Blacks ogłosił, na konferencji prasowej, że zwycięski finał Pucharu Świata 2015 był jego ostatnim meczem w reprezentacji Nowej Zelandii.

34 letni rwacz ustanowił wiele rekordów podczas swojej czternastoletniej kariery. Poniżej kilka imponujących faktów. McCaw rozegrał 148 meczów w reprezentacji Nowej Zelandii, wygrał 131. Powadził drużynę narodową jako kapitan 110 razy, wygrywając 89% meczów. Trzykrotnie został wybrany najlepszym graczem roku. Przegrał zaledwie 2 z 61 spotkań rozgrywanych w Nowej Zelandii. 

Żaden gracz w historii rugby nie osiągnął tyle, co McCaw. Dwukrotny mistrz świata schodzi ze sceny osiągając wszystko, o czym może marzyć rugbista. Trzecioliniowiec zapowiedział, że zamierza skoncentrować się teraz na roli pilota helikopterów. McCaw od kilku lat lata śmigłowcami i chce rozwinąć swoje hobby, przekształcając je w pierwszoplanowe zajęcie.

Richie McCaw zawsze był moim idolem i chociaż jest mi przykro, że już więcej nie zobaczymy go grającego dla All Blacks, to cieszę się, że wybrał odpowiedni moment, aby zejść ze sceny, jako mistrz. Oglądałem go w akcji na żywo trzykrotnie, w tym jego pożegnalnym meczu – finale RWC 2015 i wszystkie trzy okazje wspominam bardzo dobrze. Myślę, że minie sporo czasu, zanim zobaczymy zawodnika, który zdoła przebić osiągnięcia McCawa.

czwartek, 19 listopada 2015

Jonah Lomu nie żyje



Cały rugbowy świat został wstrząśnięty tragiczną wiadomością o śmierci jednego z najlepszych zawodników w historii. 18 listopada 2015 roku, w wieku zaledwie czterdziestu lat zmarł Jonah Lomu. Warto poświęcić  kilka chwil aby przypomnieć sobie osiągnięcia człowieka, który był pierwszą, prawdziwą gwiazdą rugby. Pod  tym linkiem znajdziecie jeden z moich wcześniejszych artykułów, w których przedstawiłem sylwetkę Lomu i zamieściłem kilka filmików z jego najbardziej spektakularnymi akcjami.

sobota, 7 listopada 2015

Krótkie podsumowanie RWC 2015



Emocje związane z Pucharem Świata opadły. Nadszedł czas refleksji i podsumowań. Wkrótce sercami kibiców ponownie zawładną starcia ligowe i pucharowe.

RWC 2015 był olbrzymim sukcesem. Turniej zarobił więcej pieniędzy i przyciągnął więcej kibiców niż planowano. Dostarczył emocji i obfitował w dobre spotkania. Kraje określane jako tier 2, zrobiły spory postęp i były dużo trudniejszym przeciwnikiem dla elity niż w poprzednich latach.

Tanie bilety i łatwy dostęp do stadionów sprawiły, że impreza przyciągnęła mnóstwo fanów z całego świata, w tym także liczne grono pasjonatów rugby z Polski. Sam miałem okazję obejrzeć 5 meczów, w których zagrało 10 różnych drużyn. Każdy z 5 stadionów, które odwiedziłem miał specyficzną atmosferę. Ukoronowaniem przygody był dla mnie mecz finałowy na Twickenham. To już mój drugi finał mistrzostw świata w rugby, w którym grały Nowa Zelandia z Australią. Poprzedni oglądałem na Old Trafford w 2013 roku. W kodzie trzynastoosobowym zwyciężyła Australia, dlatego tym bardziej się cieszyłem, że w „piętnastki” wygrali All Blacks. Ciekawostką jest fakt, że w obu meczach wystąpił Sonny Bill Williams.

Uczestniczenie w finale RWC było niesamowitym doświadczeniem i przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dobre wspomnienia na długo pozostaną w pamięci i dołączą do wrażeń z pracy jako wolontariusz czy wizyt na meczach grupowych, o których pisałem wcześniej.


Z pewnością każdy z fanów ma swoje ulubione wydarzenie z tegorocznej edycji Pucharu Świata. Wiele osób wspominać będzie zwycięstwo Japonii nad RPA, oświadczyny rumuńskiego zawodnika, czy gest Sonnego Bill Williamsa, który oddał swój medal młodemu chłopcu. Mnie w pamięć najbardziej zapadnie pomoc przy organizacji meczu Anglia – Urugwaj, oraz Nowozelandczycy w tradycyjnych strojach tańczący hakę o metr przede mną.

RWC 2015 wysoko zawiesił poprzeczkę i następny organizator – Japonia – będzie musiał mocno się postarać aby dorównać angielskim osiągnięciom.

niedziela, 11 października 2015

Puchar Świata od środka


Niedawno pisałem o tym, że zostałem wybrany do pomocy przy organizacji Pucharu Świata. Długie wyczekiwanie dobiegło końca. W piątek i sobotę wszedłem za kulisy i stałem się jednym z członków załogi odpowiedzialnej za sukces turnieju. Było to jedyne w swoim rodzaju przeżycie, które zapamiętam do końca życia. Nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałem się, tak fantastycznej atmosfery. 

Zostałem przydzielony do dwunastoosobowej grupy „press operations”, której zadaniem była współpraca z dziennikarzami i fotografami na meczu Anglia – Urugwaj w Manchesterze.  Ta uprzywilejowana pozycja wiązała się z najwyższym poziomem akredytacji, a więc wejściem na boisko, konferencje prasowe, do tunelu, którym wychodzą zawodnicy oraz na zaplecze stadionu normalnie niedostępne dla kibiców i mediów.

Przygoda rozpoczęła się w piątek rano, kiedy to pracowałem przy obsłudze oficjalnego treningu Anglii. Reporterzy, ekipa telewizyjna i fotografowie przez kwadrans przyglądali się formie gospodarzy turnieju. Po 15 minutach wszyscy musieli opuścić murawę oraz trybuny i drużyna trenowała sama. Taka sesja nazywana jest „captain’s run”, tradycyjnie jest to trening prowadzony przez kapitana, a nie trenerów, chociaż oczywiście zdarzają się odstępstwa od tej reguły.

Był to mój pierwszy tak bliski kontakt z ekipą Stuarta Lancastera, trening można było oglądać z linii autowej boiska. Nasza dwunastka zaznajomiła się z obiektem, (m.in. szatniami drużyn) i procedurami. Zostaliśmy także podzieleni na mniejsze grupy odpowiedzialne za konkretne zadania na meczu. Ja trafiłem wyjątkowo szczęśliwie. Zostałem, bowiem przydzielony do czteroosobowego zespołu, który miał współpracować z fotografami. Oznaczało to, że będę bardzo blisko akcji. 

Po piątkowym preludium z niecierpliwością czekałem na to, co miało wydarzyć się następnego dnia. Sobotnie emocje rozpoczęły się dość wcześnie. Na stadionie byłem już o 16.00, chociaż mecz rozpoczynał się dopiero o 20.00. Manchester zmienił się nie do poznania. Miasto, w którym na co dzień króluje piłka nożna, zorganizowało dwie wielkie imprezy rugby tego samego dnia. Stadion Manchester City gościł Puchar Świata, natomiast Old Trafford finałowe spotkanie rugby trzynastoosobowego. Łącznie na trybunach zasiadło ok 130 000 kibiców owalnej piłki. Mimo stosunkowo wczesnej godziny, kibice obu kodów byli wyraźnie widoczni i atmosfera zaczęła narastać już podczas drogi na obiekt.

Gdy dotarłem na stadion, miałem możliwość przeżycia jednej z najwspanialszych przygód w moim życiu. Po krótkiej odprawie i zapoznaniu się z zadaniami, zostałem przydzielony do konkretnego miejsca, za które byłem odpowiedzialny. Początkowo puste trybuny, zaczęły się zapełniać i tętnić życiem. Dziennikarze i fotoreporterzy przygotowywali się do pracy czekając na rzut monetą. Gdy sędzia i kapitanowie wylosowali strony, wydarzenia wyraźnie przyspieszyły. Fotografowie zajęli odpowiednie pozycje, drużyny rozgrzewały się a kibice coraz liczniej przybywali na swoje miejsca. 

Wkrótce okazało się, że wszystko zostało perfekcyjnie zorganizowane i w moim sektorze nie będzie żadnych nieprzewidzianych sytuacji. Oznaczało to, że mogę zająć specjalne miejsce tuż za linią boczną i delektować się meczem. Siedziałem dosłownie 2 metry od boiska. Byłem tak blisko murawy, że czułem zapach trawy, słyszałem co mówią do siebie zawodnicy, a gdy obie drużyny wybiegały z tunelu, na twarzy czułem ciepło buchających płomieni, które witały zawodników. Oglądanie meczu z takiej perspektywy było niezwykłym przeżyciem. Bliżej akcji znajdowała się chyba tylko ekipa medyczna, i sędziowie liniowi. Niezwykła atmosfera, którą trudno opisać słowami, stawała się coraz bardziej intensywna. Głośny doping sprawiał, że po plecach przechodziły ciarki. Początkowo Anglia atakowała na stronę, gdzie siedziałem. Szarże i przegrupowania odbywały się zaledwie kilka metrów ode mnie. Nawet najlepsze powtórki w jakości HD nie mogą oddać tego jak wygląda mecz na najwyższym poziomie widziany z bliska. Szybkość, siła i dynamika graczy robiły imponujące wrażenie. 

Chociaż spotkanie od początku toczyło się pod dyktando gospodarzy to wynik był dla mnie sprawą drugorzędną. Możliwość uczestniczenia w wydarzeniu i przeżywania go, jako jeden z organizatorów oraz niespotykana perspektywa i bliskość boiska sprawiły, że był to dla mnie najwspanialszy mecz rugby na jakim byłem do tej pory. 

Z pośród czterech spotkań RWC, które oglądałem w tym roku, to Anglia – Urugwaj najlepiej zapisze się w mojej pamięci. Ciekawe jak na tym tle wyglądać będzie finał… Pamiątki w postaci zestawu limitowanej serii, wysokiej jakości ubrań i mnóstwa gadżetów, które dostałem jako wolontariusz RWC 2015 będą mi przypominały to fantastyczne przeżycie. Najwspanialsze jednak są znajomości, jakie zawarłem z innymi pasjonatami rugby i wspomnienia, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci.

sobota, 3 października 2015

Anglia za burtą RWC 2015!



Pierwszy raz w historii Pucharu Świata gospodarz turnieju odpadł w fazie grupowej! Australia zasłużenie pokonała Anglię 13:33. Znajdujący się pod dużą presją gospodarze, mimo ambitnej postawy, nie byli w stanie zatrzymać znakomicie grających Wallabies. 

Fantastyczny występ zaliczył Bernard Foley – australijski łącznik ataku, w pierwszej połowie zdobył wszystkie punkty swojej drużyny (dwa przyłożenia, dwa podwyższenia i karny). Gospodarze odpowiedzieli tylko jednym karnym trafionym przez Owena Farrella. Po zmianie stron podopieczni Stuarta Lancastera starali się szybko odrobić straty, na ich drodze kolejny raz stanął jednak Foley, który zwiększył przewagę do 3:20. Australijską defensywę w końcu przełamał Anthony Watson. Skrzydłowy przyłożył piłkę na polu punktowym a Farrell podwyższył. Anglia zniwelowała deficyt do 10 punktów (10:20) i przejęła inicjatywę. Wkrótce po tym celny karny łącznika ataku sprawił, że nadzieja powróciła w serca angielskich kibiców. Było 13:20 i wyglądało na to, że zawodnicy dowodzeni przez Chrisa Robshawa przeważą szalę zwycięstwa na swoją stronę.



W 71. minucie Owen Farrell został ukarany żółtą kartką. Strata łącznika ataku podcięła skrzydła gospodarzom. Foley trafił karnego a 4 minuty później dołożył drugiego. Matt Giteau ostatecznie pogrążył przeciwników zanosząc piłkę na pole punktowe. Foley nie miał problemów z podwyższeniem. Sędzia odgwizdał koniec spotkania i porażka Anglii stała się faktem. 

Niezależnie od wyników w następnej rundzie, do ćwierćfinałów przejdą ekipy Australii i Walii a gospodarze za tydzień pożegnają się z grą w tegorocznej edycji turnieju. Wallabies zwyciężyli zasłużenie, byli lepsi od rywali w większości elementów. Znakomicie zagrali trzecioliniowcy Hooper i Pocock, którzy zdominowali przegrupowania. Dobrze funkcjonował młyn, a zawodnicy ataku imponowali ciekawymi rozwiązaniami ofensywnymi i skuteczną obroną.

Poniżej skróty z meczu:


środa, 30 września 2015

RWC 2015 na żywo




Ostatni weekend był dla mnie bardzo emocjonujący. Odwiedziłem trzy stadiony, na których obejrzałem ekscytujące mecze Pucharu Świata w rugby. Przygoda zaczęła się od piątkowej podróży do Gloucester, gdzie Argentyna grała z Gruzją.


Okolice Kingsholm obfitowały w rugbowe akcenty. Część z nich została przygotowana specjalnie na Puchar Świata, inne stworzyli kibice Gloucester – klubu, na co dzień występującego w Aviva Premiership. Uwagę przykuwały m.in. rugbowe graffiti oraz dom, z którego dachu wystawała olbrzymia jajowata piłka. Okolice stadionu zdominowali fani Argentyny. Biało-niebieskie koszulki i powiewające flagi były bardzo widoczne. Gdzieniegdzie pojawiały się czerwone barwy Gruzji. Atmosfera na trybunach była wspaniała. Kibice Argentyny zagrzewali swoich ulubieńców do boju; śpiewali, tańczyli, klaskali i wiwatowali. Neutralni widzowie wspierali dopingiem Gruzinów. Stosunkowo niewielki obiekt sprawiał wrażenie bliskości. Akcje na boisku były doskonale widoczne, a trybuny dzielił od murawy tylko niewielki odcinek trawy i niski płotek. Organizatorzy wpadli na doskonały pomysł – serwowali piwo w kuflach specjalnie przygotowanych na RWC. Szklanki były na tyle atrakcyjne, że niemal wszyscy zabierali je ze sobą, jako pamiątkę. Sam mecz okazał się być bardzo interesujący. Gruzja zagrała ambitnie i przez długie okresy walczyła jak równy z równym. Argentyna pokazała jednak klasę zdobywając trzy przyłożenia, gdy kapitan przeciwników został ukarany żółtą kartką.



W sobotę obserwowałem zmagania drużyn RPA i Samoa. Mecz rozgrywany był na dużym, piłkarskim obiekcie klubu Aston Villa i atmosfera była zupełnie inna niż dzień wcześniej. Kibice Springboks zdominowali trybuny a ich donośny doping robił spore wrażenie. Jak można się było spodziewać obie ekipy preferowały fizyczny styl gry. Mecz obfitował, więc w widowiskowe szarże. Znakomicie zagrał JP Pietersen, który zdobył hat-trick przyłożeń i moim zdaniem był najlepszym zawodnikiem na boisku. Po nieudanym starcie w turnieju, zawodnicy RPA byli zdeterminowani do pokazania się z lepszej strony. Zagrali bardzo skutecznie, niemal nie popełniając błędów. Trudno było uwierzyć, że tak mocny zespół tydzień wcześniej uległ Japonii.

Weekend zakończył się wyjazdem do Leeds, gdzie grały ekipy Szkocji i USA. Podobnie jak poprzedniego dnia, mecz odbywał się na dużym piłkarskim stadionie. Większość kibiców dopingowała Szkocję, jednak neutralni jak zwykle opowiedzieli się po stronie „słabszych”. Zawodnicy USA pokazali się z dobrej strony i pierwszą połowę zwyciężyli 6:13. Po zmianie stron inicjatywę przejęli jednak Szkoci, którzy podkręcili tempo i pewnie wygrali inkasując punkt bonusowy. 

Wszystkie mecze były interesujące i dostarczyły niezapomnianych emocji. Fantastycznie było poczuć atmosferę Pucharu Świata i znaleźć się wśród tysięcy fanów celebrujących święto rugby. Dodatkowym atutem był fakt, że spotkania obejrzałem w doborowym towarzystwie, bowiem na mecze wybrała się ze mną niewielka grupa fanów rugby z Polski.

Kolejnym etapem mojej przygody z RWC będzie mecz Anglia – Urugwaj a kulminacją finał na Twickenham.