Saracens drugi raz w przeciągu czterech sezonów triumfują w Premiership. W sobotę pokonali na Twickenham Bath 16:28. W poprzednim sezonie, po dramatycznym meczu i dogrywce, tytuł wymknął się ekipie Sarries. Tym razem zawodnicy perfekcyjnie zrealizowali założenia taktyczne i pewnie pokonali rywali.
Drużyna Saracens rozpoczęła spotkanie bardzo dobrze. Kontrolowała tempo i szybko narzuciła przeciwnikom swój styl gry. Przewaga w młynach zwartych, przegrupowaniach oraz silna obrona nie pozwalały niebezpiecznemu atakowi Bath na rozwinięcie skrzydeł. Pierwsza połowa meczu należała do Saracenów. Trzy przyłożenia, które zdobyli Owen Farrell, Jamie George oraz Chris Wyles pozwoliły na zbudowanie wysokiej przewagi. Po 40 minutach zespół Marka McCalla prowadził aż 3:25.
Po zmianie stron, rywale zdołali nieco zmniejszyć stratę. Celne kopy George’a Forda oraz przyłożenie Jonathana Josepha zredukowały deficyt do 9 punktów. Na 20 minut przed końcem spotkania było 16:25. Doświadczony zespół Saracens nie pozwolił jednak na nic więcej. Farrell trafił karnego ustanawiając wynik na 16:28.
Mecz mógł mieć inny przebieg. W pierwszych minutach spotkania Owen Farrell sfaulował Anthonego Watsona. Zagranie nie było celowe, jednak „krawat” okazał się na tyle niebezpieczny, że zawodnik Bath musiał opuścić boisko. Sędzia podyktował tylko rzut karny, ale część kibiców była zdania, że karą powinna być żółta, lub nawet czerwona kartka. Farrell pozostał jednak na boisku i był kluczowym graczem swojej drużyny. Zdobył przyłożenie i został wybrany najlepszym zawodnikiem meczu.
Niezależnie od tego incydentu, całemu zespołowi Saracens należą się wielkie gratulacje. Uważam, że zasłużyli na tytuł mistrzowski. Dobry występ w finale był zwieńczeniem udanego sezonu, w którym wielokrotnie potwierdzali profesjonalne przygotowanie i umiejętność adaptacji do taktyki.
Toulon, jako pierwszy klub w historii został mistrzem Europy trzeci raz z rzędu! We francuskiej batalii toczącej się w angielskiej fortecy Twickenham, podopieczni Bernarda Laporte, po dobrym i bardzo emocjonującym spotkaniu pokonali ASM Clermont Auvergne 18:24 (11:16).
Mecz rozpoczął się od prowadzenia Clermont. Camille Lopez trafił karnego w 7. minucie a chwilę później dołożył kolejne trzy punkty z podstawki. Leigh Halfpenny zmniejszył stratę do 3 punktów, celnie egzekwując karnego w 16. minucie.
Pierwsze przyłożenie zdobył reprezentant Francji Wesley Fofana w 24. minucie spotkania. Mogan Parra nakrył kop łącznika młyna, piłka odbiła się i trafiła w ręce Fofany, który po krótkim sprincie umieścił ją na polu punktowym. Podwyższenie okazało się niecelne, ale zespół Clermont wyszedł na „bezpieczne” prowadzenie 11:3. Żółtą armię – jak potocznie nazywani są fani Clemont - ogarnęła euforia. Radość nie trwała jednak długo, bowiem strata punktów podziałała na graczy Toulon jak dodatkowa motywacja. Przyspieszyli tempo, wzmocnili obronę i zaczęli zmuszać rywali do popełniania błędów.
Leigh Halfpenny zamienił dwa karne na 6 punktów i przewaga Clermont stopniała do dwóch oczek. Nick Abendanon miał szansę zakończyć pierwszą połowę spotkania. Po upływie 40 minut gra toczyła się do martwej piłki, wystarczyło kopnąć w aut i drużyna Clermont udałaby się do szatni będąc na prowadzeniu. Obrońca zdecydował się jednak na inne rozwiązanie. Po jego kopie piłka trafiła w ręce Chrisa Masoe, który zapoczątkował piękną akcję ze środka boiska. Po kilku fazach i dobrych podaniach, Mathieu Bastareaud zdobył przyłożenie. Halfpenny dołożył 2 punkty z podstawki i Toulon wygrywał 11:16.
Po zmianie stron, walijski obrońca zwiększył przewagę do 8 punktów, celnie egzekwując karnego w 51. minucie. Zespół Clermont nie zamierzał się jednak poddawać. Nick Abendanon zrehabilitował się za swój błąd z końca pierwszej połowy i po ładnej indywidualnej akcji zdobył przyłożenie. Lopez dołożył podwyższenie i w 62. minucie różnica wynosiła już tylko 1 punkt. Determinacja zawodników Toulon, aby zapisać się na kartach historii jako pierwszy zespół, który zdobył europejską koronę trzy lata z rzędu okazała się bardzo silna. Gracze imponowali zaangażowaniem i bardzo mocną obroną. Ostatecznie bohaterem meczu został Drew Mitchell. Skrzydłowy przeprowadził fantastyczny indywidulany atak, pokonując aż sześciu obrońców i przyłożył piłkę na polu punktowym rywali, ustalając wynik meczu na 18:24.
Olbrzymie brawa należą się obu zespołom. Spotkanie stało na wysokim poziomie i było ciekawym widowiskiem. Toulon stał się najlepszym europejskim klubem w historii. Jako pierwszy zwyciężył europejskie puchary trzy razy z rzędu. Jest to wielki wyczyn, który z pewnością będzie bardzo trudny do pobicia. Gratulacje!
George Nattriss rozegrał dzisiaj swój tysięczny mecz w kategorii seniorów! Zawodnik występuje w lokalnej drużynie Redingensians Rams w hrabstwie Berkshire. Klub ma długą historię, powstał w 1924 roku, obecnie posiada 5 zespołów seniorskich oraz wiele grup młodzieżowych i dziecięcych w każdym przedziale wiekowym.
George wszystkie 1000 meczów rozegrał w jednym klubie. Co prawda zapowiedział, że zamierza zakończyć karierę, ale koledzy z drużyny nie wierzą, że zdoła wytrwać w postanowieniu i sądzą, że wcześniej czy później powróci na boisko. Dzisiejszy mecz został zorganizowany specjalnie dla uczczenia tego rzadkiego wydarzenia i toczył się w dość luźnej atmosferze. Młynarze grali na pozycjach ataku a atak na pozycjach młyna. W przerwach gracze wzmocnili siły szklaneczką sherry. Niezależnie od tego jak potoczą się dalsze losy Georga, jego wyczyn jest godny podziwu!
Miło mi przedstawić kolejny przykład potwierdzający piękno amatorskiego rugby w Anglii. Lokalne kluby bywają sercem społeczności. Zawodnicy często wiążą się z nimi na całe życie, a kilka pokoleń rodzin występujących w tych samych barwach to standard w wielu zespołach. Sam miałem przyjemność występować na boisku z weteranami posiadającymi na koncie kilkadziesiąt sezonów, ale wyczyn George’a Nattrissa jest zapierającym dech w piersiach osiągnięciem. Gratulacje!
Dwa francuskie zespoły wystąpią w finale najważniejszych klubowych rozgrywek na Starym Kontynencie - European Rugby Champions Cup. Pełne gwiazd światowego kalibru drużyny Clermont i Toulon po dramatycznych spotkaniach pokonały rywali i zagwarantowały sobie występ na Twickenham.
W sobotnim meczu klub Clermont Auvergne minimalnie zwyciężył Saracens 13:9. W pierwszej połowie Anglicy mieli niewielką przewagę punktową. Charlie Hodgson trafił karnego i drop-gola a Brock James odpowiedział celnym karnym. Przełomowym momentem było przyłożenie zdobyte przez Wesleya Fofanę. James dodał dwa punkty z podstawki i w 44. minucie było 10:6. Owen Farrell zmniejszył co prawda stratę do jednego punktu trafiając karnego w 65. minucie, ale gospodarze nie pozwolili sobie na odebranie zwycięstwa. Wynik ustanowił James elnie egzekwując karnego w 72. minucie.
W niedzielnym spotkaniu Toulon po dogrywce pokonał Leinster 25:20. Przez 80 minut żadna ze stron nie była w stanie sforsować obrony rywali a punkty zdobywali jedynie kopacze. Leigh Halfpenny i Ian Madigan skutecznie egzekwowali po 4 karne. Wymiana ciosów między tymi zawodnikami przeniosła się na dogrywkę. Halfpenny trafił karnego w 83. minucie, Madigan odpowiedział tym samym w 85. Walijczyk kolejny raz dał swojej ekipie prowadzenie w 89. minucie. W 90 minucie punkty zdobył Brian Habana, Halfpenny dołożył podwyższenie i było 25:15. Sean OBrian zdołał co prawda odpowiedzieć przyłożeniem w 94. minucie ale Irlandczykom nie udało się już odebrać zwycięstwa gospodarzom.
Ostatnia runda
Six Nations była prawdziwie ekscytującym przedstawieniem. W trzech meczach
zdobyto aż 221 punktów! Jest to nowy rekord – nigdy wcześniej w jednej rundzie
Pucharu Sześciu Narodów nie padło tak dużo punktów. 27 przyłożeń było ucztą dla
fanów europejskiego rugby.
Anglia zanotowała
rekordowe zwycięstwo nad Francją, Irlandia najwyższą wyjazdową wygraną, a Walia
pobiła swój najlepszy rezultat pod względem ilości przyłożeń zdobytych w jednej
połowie meczu. George North zaliczył hat-trick w 10 minut. Zawodnicy Francji
przebiegli aż 747 metrów z piłką w rękach a mimo tego przegrali dwudziestoma
punktami. Nic dziwnego, że finałowe starcie przyciągnęło przed telewizory prawie
10 milionów Brytyjczyków.
Przed ostatnią
kolejką trzy ekipy miały tyle samo wygranych meczów i stało się jasne, że o
zwycięstwie decydować będzie bilans małych punktów. Ten fakt istotnie wpłynął
na taktykę, jaką przyjęły zespoły Walii, Irlandii i Anglii. Początek każdego
spotkania zaplanowany był po zakończeniu poprzedniego, tak więc trenerzy i
zawodnicy doskonale wiedzieli jak wysoko muszą zwyciężyć aby nadal liczyć się w
walce o mistrzostwo.
Ton wyznaczyli
podopieczni Warrena Gatlanda, którzy wysoko zawiesili poprzeczkę, maksymalnie
utrudniając zadanie rywalom. Mimo, że przed rozpoczęciem ostatniej rundy, Walia
zajmowała trzecią pozycję, duże zwycięstwo w Rzymie dawało jej szansę na
zdobyciu trofeum. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem kontaktowym.
Przyjezdni prowadzili zaledwie 13:14. Po zmianie stron rozpoczął się prawdziwy
pogrom. Walijczycy rozkręcali się z minuty na minutę bezlitośnie zwiększając
przewagę. George North zaliczył 3 przyłożenia w przeciągu 10 minut. Ostatecznie
przyjezdni wygrali aż 20:61, przykładając piłkę na polu punktowym rywali 8
razy!
Walia objęła
fotel lidera. Aby ją pokonać Irlandia musiała zwyciężyć Szkocję różnicą 20
punktów, a Anglia odprawić Francję różnicą 16 oczek. Podopieczni Joe Schmidta
zagrali kolejny bardzo dobry mecz. Pierwsze przyłożenie zdobyli już w 4. minucie,
a kolejne 5 minut później. Szkoccy kibice nie mieli zbyt wielu powodów do
zadowolenia, za to goście bawili się znakomicie. Po 40 minutach było 10:20. W
drugiej odsłonie punktowali już tylko przyjezdni. Ostatecznie zwyciężyli 10:40,
zdobywając 4 przyłożenia. Dwa z nich zaliczył rewelacyjny rwacz Sean O’Brien.
Była to najwyższa wygrana Irlandii na Murrayfield. Mistrzowie strącili z
pierwszego miejsca Walię i musieli czekać na rozstrzygnięcie ostatniego
spotkania, w którym Anglia podejmowała Francję na Twickenham.
Podopieczni
Stuarta Lancastera stanęli przed trudnym zadaniem, musieli bowiem pokonać
Trójkolorowych różnicą co najmniej 27 punktów. Mecz rozpoczął się po myśli
gospodarzy, Ben Youngs zdobył przyłożenie już w pierwszej minucie. Francuzi
grali jednak bardzo ambitnie. W 13. minucie przejęli prowadzenie, a w 18 wygrywali
już 7:15. Anglia zdołała się jednak pozbierać i pierwszą połowę zwyciężyła
27:15. Druga część spotkania była pokazem świetnej gry obu drużyn. Odważne
ataki przynosiły skutki. Ostatecznie Anglia pokonała Francję 55:35. W innych
okolicznościach Twickenham wypełniałaby euforia. Tym razem dwudziestopunktowe
zwycięstwo okazało się niewystarczające do zdobycia mistrzostwa i o świętowaniu
nie mogło być mowy.
Irlandia obroniła
tytuł i kolejny raz została mistrzem Six Nations! Anglia czwarty raz z rzędu
musiała zadowolić się drugim miejscem. Zakończenie tegorocznej edycji Pucharu
Sześciu Narodów było prawdziwym świętem rugby. Moim zdaniem była to najbardziej
ekscytująca runda w historii wszystkich edycji turnieju. W poprzednich
kolejkach drużyny stawiały na twardą obronę i grały bardziej zachowawczo, co z pewnością
miało wpływ na stosunkowo niewielką ilość przyłożeń. Finał okazał się jednak
fantastycznym pokazem szybkiego, otwartego rugby, który na długo zapadnie w
pamięć wszystkich kibiców.
Poniżej skróty wszystkich spotkań oraz koronacja mistrzów.
Turniej Six Nations zakończył się w wielkim stylu. Pora na rozstrzygnięcie zabawy na najlepszego typera, powadzonej przez blog rocky-rugby.pl portal RugbyPolska.pl i producenta odzieży sportowej Gonga Rugby. Zwycięzcą został Mateusz Kwiatkowski, który poprawnie przewidział aż 14 meczów.
Gratulacje! Proszę o kontakt w celu uzgodnienia szczegółów otrzymania nagrody.
W naszej lidze wzięło udział 33 zawodników. Rywalizacja była zacięta, każdą rundę wygrał inny gracz. Dziękuję wszystkim za udział i zapraszam ponownie za kilka miesięcy, gdy będziemy typować rezultaty meczów Pucharu Świata.